wtorek, 8 maja 2012

Monolog, cz.III, ost.

Nowy rozdział był bardzo smutny, ja byłem małym chłopcem, który płacze cicho w kącie. Bezradny, samotny, bezsilny... Krew w moich żyłach płynęła coraz wolniej, nie cieszyło mnie kompletnie nic. Jedyne czego chciałem, to spokoju i zamknięcia się na absolutnie wszystko. Chciałem, by moje życie ogarnęła przenikająca, czarna cisza...
Tamtego dnia, na tamtej przerwie, Pani M. zachowywała się jakoś nadzwyczaj dziwnie. Ciągle się śmiała, kryła spojrzenie przed oczami innych. "Chyba się zakochała" -  pomyślałem - "Takie rzeczy widać na kilometr". Stałem sobie na korytarzu, podparty o ścianę i dziwiło mnie to, że to wszystko działo się o kilka kroków ode mnie. "Czy chodzi o mnie?" - pomyślałem naiwnie. Już zacząłem popadać w nadmierną ekscytację, kiedy... W jednej chwili zostały zburzone wszystkie moje nadzieje i marzenia. W jednej chwili w moim sercu utkwiło ostrze. "Hej! Jestem M..." - powiedziała do chłopaka, którego przyprowadziła jedna z moich koleżanek. Dalej już nie słuchałem, urwał się film, bo dla mnie wszystko było jasne. Jej twarz mówiła wszystko - on jej się cholernie podoba. Poczułem się, jakby ktoś zrzucił na mnie 100 ton stali, kompletnie wbity w ziemię. Oczywiście, udałem, że nic się nie stało, ale miałem ochotę po prostu stamtąd uciec i zamknąć oczy. Każdy kolejny dzień, po tym zdarzeniu, przynosił mi nową dawkę goryczy. Chciałem się poddać, upaść na ziemie, ale w sercu tliła się głupia nadzieja. "A może to nie jest wcale tak?" - dodawałem sobie otuchy... Postanowiłem coś z sobą zrobić i nie poddawać się. Dowiedziałem się o wycieczce. Ok, wycieczka jak wycieczka, ale jechała na nią sama Pani M. Bez chwili wahania postanowiłem pojechać i zawalczyć o to, co "straciłem". Było fajnie, miło, ale bez okazji do rozmowy. Kiedy już chciałem coś wybełkotać,  ona  wraz z koleżanką zaczęła obczajać fajnych chłopaków z innej wycieczki. Gdy spojrzałem na nich, pomyślałem - "Przecież ja nie mam żadnych szans. Nigdy nie byłem, nie jestem i nie będę tak przystojny...". Znów poddałem się na starcie... W drodze powrotnej było tylko gorzej. Musiałem słuchać słodkich rozmówek Pani M. z chłopakiem z korytarza. Kolejne 100 ton wgniatało mnie prosto w ziemię, a do oczu cisnęły się łzy, łzy bezsilności. Chociaż życie nauczyło mnie wiele, to wtedy nie potrafiłem tego ogarnąć.  To było zbyt wiele jak dla pozszywanego serca..."Ja jestem jakiś poje**ny" - cisnęło mi się na usta.
Minęła wycieczka i znów powróciłem do przepełnionego smutkiem, pustego życia. Na przemian słuchałem nostalgicznych i ostrych kawałków, a uśmiech pojawiał się jedynie przez pomyłkę. A w szkole?! A przy rodzinie?! Pełnia radości, dobra mina do złej gry."Przecież jest zajebiście, jestem poj**any i wszystko schrzaniłem..." Było coraz gorzej, aż do pewnego dnia, w którym nastąpił przełom. Wracając do domu, w jednej chwili dostałem czarnych myśli, poczułem się jakby uleciało ze mnie całe życie, prawie popadłem w obłęd... Jeszcze nigdy nie czułem się tak źle, z powodu przegranej miłości. Całe szczęście, że obudziłem się, zanim... "Nigdy więcej nie będę tak się zadręczać..." - pomyślałem - "Co ja chciałem zrobić?!".
Od tego dnia zacząłem się uspokajać. Mięło kilkanaście tygodni i przestałem ją kochać, tak jak wtedy, gdy ujrzałem ją po raz pierwszy. Tak naprawdę tylko raz, przez przypadek spotkały się nasze oczy. Ja utkwiłem w niej swój wzrok, gdy nagle odwróciła się... Spojrzała prosto w moje oczy... Były takie piękne i błękitne... "Skąd ja Cię znałem? Chyba z Nieba, bo ty jesteś Aniołem...". Nagle uświadomiłem sobie, że chyba nigdy nie przestanę Jej kochać, mimo wszystko. To trwało jakieś 5 sekund, ale miałem wrażenie, że te kilka sekund to cała wieczność... 5 sekund w niebiańskim zapomnieniu... Szybko cofnąłem wzrok i strasznie się speszyłem. Jeszcze nikt tak na mnie nie spojrzał... Nikt... 


Od tamtego dnia staram się jej unikać, nie myśleć o tym co jest, co było i co będzie. Jak zwykłem mówić, chcę po prostu oddychać. Kiedyś jej o tym powiem.  "If you never try you'll never know /Just what you're worth". Teraz próbuję naprawić się po tym wypadku. Naprawić swoje serce...

Coldplay - "Fix you"
Jeśli Wam smutno, posłuchajcie, najlepiej na full. Ta piosenka potrafi przeniknąć i wypełnić całe ciało i całą duszę. Bynajmniej ja tak ją czuję...

2 komentarze:

  1. Przeczytałam to i troche tak jakby się z tb utorzsamiam w uczuciach ja też nakładam tą maskę o nazwie uśmiech aby nikt się o mnie nie martwił . To nie ty jestes pojebany tylko świat. Ja też ostatnio stoczyłam się na dno i nie mogłam opanować swoich łez które cały czas cisnęły mi się z oczu. Jedyne co ci mogę powiedzieć to trzymaj się i się nie poddawaj to nie brzmi dobrze z moich ust bo sama się poddałam . Nie będę mówiła jak inni będzie dobrze przecież chyba każdy wie że nie będzie no dobra może kiedyś, ale na pewno nie teraz

    OdpowiedzUsuń