czwartek, 31 maja 2012

Życie to teatr...

Hej!

Bardzo dziękuję Wam za każdy komentarz. Dzisiaj jeszcze bardziej umocniłem swoje stanowisko w sprawie z M. Jest mi już zupełnie obojętne co, jak i z kim robi, czy mnie chociaż lubi, czy cokolwiek dla niej znaczę. Jedyne, co bym dla niej zrobił, to przeprosił ją za to, że kiedykolwiek się w niej zakochałem. To nie był błąd, to nie było zrządzenie losu. To miało mnie czegoś nauczyć... Tylko czego? Tego, jak odpowiednio ocierać łzy? Tego, jak przyjmować ciosy? Po smutku przyszedł czas na irytację.

Dlaczego ciągle gram?
Moje uczucia przerodziły się w nieco ciemny humor. Irytuję się widząc cudzą miłość, przyjaźń, ludzi goniących czas. Kiedyś, sam nie wiem kiedy, stanąłem w miejscu. Inni poszli o kilkaset kroków do przodu, a ja zostałem tam, gdzie byłem. Teraz, z uśmiechem na twarzy, mogę obserwować ich życie, niczym codzienną telenowelę. Romanse, zdrady, powroty... I co z tego, że jestem tylko biernym widzem? Przecież nie każdy rodzi się aktorem... Sceptyczne nastawienie do świata ma swoje plusy. Mało kto wysili się na recenzję, mało kto wypomni ci krocie wydane na bilety, mało kto będzie chciał zgarnąć twoją rolę. Kiedyś mówiono, że życie to teatr... Właśnie tak jest. Ciągle udajesz, ciągle mało ci ról i splendoru. Liczy się twój prestiż, twoje profity. Nawet nie zauważasz, kiedy twoja gra staje się wierutnym kłamstwem. Wtedy już sam nie pamiętasz, czy aby na pewno byłeś w sklepie, czy może w kinie... Zrobisz wszystko by załagodzić sprawę. Na szczęście istnieją widzowie, tacy jak ja, czujni, bezstronni... Nie oszukasz... 

Kiedyś opuszczę ten chory teatr...
Nienawidzę, kiedy ktoś mnie bezwstydnie okłamuje. Wolę tysiąc słów gorzkiej prawdy, niż jedno fałszywe wypowiedziane bez zająknięcia. Można czasami nagiąć rzeczywistość, skłamać dla dobra ogółu, dla dobra sprawy, lecz kłamstwo w żywe oczy i zaprzeczanie prawdzie zwyczajnie mnie śmieszy. Po co cały ten spektakl? Wcale nie jestem wredny, wcale nie krzywdzę innych. Wiem, sam kłamię i w jakimś sensie jestem aktorem, mimo że  tylko siedzę na widowni... Ale nie zaprzeczam w obliczu gorzkiej prawdy, nie klaszczę bezmyślnie , gdy ktoś robi mnie w balona, bo  to jest już szczyt wszystkiego. Chwilowo śmieszy mnie szczęście innych. Zwykła, ludzka, gorzka zazdrość, która w końcu przejdzie. Ale broń Boże, nikomu nie życzę źle. Jestem raczej taką osobą, która woli skrzywdzić siebie, aniżeli innych. Kiedy ktoś rzuci we mnie kamieniem, ja mu to w końcu zapomnę i zapamiętam jak najlepszego przyjaciela. Wiem, że nikt nie jest idealny, wybaczam. Jednak muszę wylać z siebie całą tą gorycz nagromadzoną od kilku miesięcy, tyle że bez ofiar, bez żadnej widowni. Po cichu pośmieję się trochę i gorzko zapłaczę. Nie chcę nikogo ranić, choć inni zranili mnie już wielokrotnie. Muszę jakoś uporządkować ten teatr. Kiedyś złożę wymówienie, bo już nie będę potrzebować maski. Na razie jestem widzem i dodatkowo aktorem na pół etatu. I choć brzydzę się wszędobylskiej teatralizacji, gram, bo nie chcę sprawiać nikomu bólu... A może zwyczajnie chcę ranić siebie?

Nadzieja i miłość nie umarły. Jutro pożegnam się z bólem i ponownie będę podziwiać życie. Jutro musi wstać słońce... Muszę wznieść się razem z ptakami, chociażbym miał tuż po tym, z powrotem spaść na ziemię. Tylko dlatego, że moje życie to wieczna sinusoida. 


Coldplay - "Up With The Birds"
Wznieśmy się razem z ptakami...

wtorek, 29 maja 2012

Betonowe skrzydła

Hej!

Na wstępie bardzo przepraszam za długą nieobecność, ale szkoła i moje (pożal się Boże) problemy kompletnie mnie wykończyły. Bardzo dziękuję za każdy komentarz ze słowami wsparcia. Cieszą mnie wasze miłe słowa odnośnie nagłówka. Możecie mi wierzyć albo nie ale jesteście prawdziwym lekarstwem dla mojego chorego serca i traktuję Was jak najlepszych przyjaciół :) Jeszcze raz dziękuję.


A już miało być tak pięknie... Już wierzyłem, że wszystko będzie ok, że uwierzę w siebie i w końcu będę żyć spokojnie. Ale dzisiaj wszystkie te marzenia legły w gruzach... Ja naprawdę nie potrafię normalnie funkcjonować... Moje anielskie skrzydła są z betonu. Już sam nie wiem, czy kiedykolwiek wzniosę się na nich do góry... Co jest powodem mojego smutku? To, że uświadomiłem sobie, co inni o mnie tak naprawdę myślą. A co myślą? Że jestem nudnym, smutnym i kompletnie nie radzącym sobie w życiu człowiekiem. Przeczuwałem, że tak może być, ale nie chciałem dopuścić do siebie takich złych myśli. I niepotrzebnie... Już mam dosyć ciągłych pytań, o powód mojego smutku, już mam dosyć sugestii typu :"Znajdź sobie jakąś dziewczynę", już mam dosyć widoku szczęśliwych par idących sobie za rączki, całujących czy obściskujących się . Już nie mogę tego wszystkiego znieść. Czy nikt nie może tego zrozumieć, że najzwyczajniej w świecie jestem nieszczęśliwie zakochany? No tak... Przecież prawie nikt o tym nie wie.  Czasami zaczynam myśleć, że Bóg o mnie zapomniał. Ale to nie jest prawda. Jeżeli już, to ja zapominam o nim i takie są tego skutki.  A ja po prostu chciałbym być zauważany przez innych, po prostu chciałbym żyć tak jak wszyscy, po prostu chciałbym, aby moje marzenia w końcu się spełniały. Wiem, że jedyną osobą winną za niepowodzenia jestem ja razem z moim chorym charakterem. Tak, jestem na siebie cholernie zły. Czasami czuję się tak, jakbym przespał jakąś część swojego życia. Moi znajomi są ode mnie zupełnie inni, ułożyli sobie jakoś życie, są szczęśliwi, a ja stoję w miejscu jak jakiś idiota. Chciałbym móc się jakość pocieszyć, ale jedyne co przychodzi mi na myśl to: "Idź się leczyć człowieku".  Wiem, po raz kolejny się użalam, ale nie chcę kłębić w sobie złości i żalu. 



A co z M? Nic. Już nie chcę o niej myśleć i unikam jakiegokolwiek kontaktu z nią. Po co robić sobie krzywdę? Doskonale wiem, ile kosztuje mnie każde przypadkowe spotkanie z Nią. Dzisiaj takowe miało miejsce. Oczywiście, dla mnie Jej nie było, a jedyne co powiedziałem to zwykłe "cześć" (Ot tak, z grzeczności). Udaję, ciągle udaję, że nic się nie dzieje, że wszystko jest w porządku. Tyle że nic nie jest w porządku. Jak chorym człowiekiem trzeba być, by udawać, że dla niego miłość nie istnieje? No właśnie... Jedyne na co czekam, to wakacje. W końcu nie będę musiał na Nią patrzeć, w końcu będę mógł o Niej skutecznie zapomnieć. Nie chcę już więcej ranić swojego serca, swojej duszy... Chcę po prostu żyć spokojnie, zająć się swoją pasją, jaką jest ogród i nie czekać na nikogo. To nie znaczy, że nie wierzę w miłość czy w to, że kiedyś przyjdzie. Po prostu już nie mam zamiaru sprowadzać jej na siłę...


http://chouchou.bandcamp.com/track/spira
Chouchou - Spira

Chciałbym zamknąć się w Tobie i nigdy już nie wychodzić. Każda Twoja nuta jest kolejną dawką kroplówki, kolejną szwą zakładaną na serce. Chciałbym byś była moimi oczami i skrzydłami, moim jasnym księżycem, chciałbym, abyś liczyła dla mnie owieczki tak długo, aż zasnę.  Jesteś prawdziwa, jesteś wieczna. Twoja cisza jest najgłośniejszą z wszystkich mi znanych. Nie chcę płakać, chcę śmiać się do Ciebie. To prawda, kiedyś wszyscy wpadniemy w niekończący się Błękit... Jeszcze nie pora... Jeszcze...

środa, 23 maja 2012

"Subconscious", czyli kim tak naprawdę jestem...

Hej!

Jak zauważyliście, na blogu pojawił się nagłówek. I jak? Jest przynajmniej ok? Ponieważ nie mam specjalnych zdolności do tworzenia grafiki komputerowej (nie to że nic nie potrafię, tylko że moje ambicje zdecydowanie przewyższają te umiejętności) ,zabrałem się za robótki ręczne...  Dosłownie... I mam nadzieję że nie zinterpretowaliście tego nieco "prowokacyjnego stwierdzenia" inaczej. Wiecie, głodnemu chleb na myśli ;P Wracając do sprawy, stworzenie papierowego modelu nagłówka zajęło mi całe wczorajsze popołudnie. Do tego jeszcze doszła obróbka na komputerze i tak narodziło się to, na co możecie patrzeć.  Zmieniła się też nazwa bloga. Stara tak naprawdę nie miała nic wspólnego z tym, co znajduje się na blogu. Nowa nazwa brzmi: "subconscious", co po angielsku znaczy "podświadomość". Dlaczego podświadomość? Bo mieszczą się we mnie dwie osobowości, z czego jedna jest w mojej podświadomości. Wśród ludzi, z którymi mam do czynienia na co dzień jestem spokojny, poukładany, odpowiedzialny, zgodny. Jednym słowem: nudny do bólu. Oczywiście, niekiedy daję się poznać z innej strony, ale to rzadkość. Moja druga strona, można by rzec moje alter ego, to zupełne przeciwieństwo. W środku tak naprawdę jestem zwariowany, uparty, nieodpowiedzialny, nieco dziecinny, czuły i romantyczny. Moje drugie "ja" kryje w sobie moje prawdziwe uczucia i poglądy. Mimo, że wielokrotnie próbowałem je uwolnić, to jednak zawsze finał był taki sam. Co jest przeszkodą? Moja chorobliwa nieśmiałość i lęk przed życiem. Tak jak już pisałem, nie potrafię podejmować decyzji, bo strach jest silniejszy ode mnie. Nie wiem czy kiedyś to się zmieni. Na razie nie wierzę w siebie, w swoje możliwości, choć wiem, że nie jest aż tak tragicznie. 

Jeśli chodzi o mamę już jest lepiej. Wiem, że nawet jeśli mnie ochrzania, to robi to, bo mnie kocha i po prostu martwi się. Ja staram się słuchać jej, a ona mnie. I jest dobrze. W szkole też jest już lepiej, nadrabiam sprawdziany i nie robię sobie zaległości. A Pani M? Już nie mam siły pisać, co o tym wszystkim myślę. Po kilku rozmowach ze znajomymi, doszedłem do wniosku, że lepiej będzie, jeśli o niej zapomnę. Wiem, że teraz jest to niemożliwe, ale mam nadzieję, że nastąpi to w miarę szybko. Dlaczego moja decyzja jest taka okrutna? Przemyślałem całą sytuację i ja najwidoczniej w  świecie nie kocham jej na tyle, żeby pokonać uprzedzenia. Kiedy na nią patrzę, odlatuje gdzieś cały mój zdrowy rozsądek i tracę wszelką nadzieję. Ja do niej w ogóle nie pasuję. Jesteśmy jak woda i ogień. Ona jest piękna i śmiała, a ja? Dopóki nie otworzę się na świat, nigdy nie będę miał odwagi, żeby ją poznać, żeby z nią rozmawiać. Poza tym mam zbyt dużo do stracenia. Nie burzy się tego, co skrupulatnie się budowało. Mam na myśli szkołę, spokój jaki sobie tam stworzyłem. Ludzie mnie tolerują i to mi wystarcza. Gdyby wszystko wyszło na jaw, nie miałbym już tam życia. Nie wyobrażam sobie trzech lat spędzonych w jej towarzystwie, trzech lat ciągłego cierpienia i rozpamiętywania. Wiem, że będę kiedyś żałował tej decyzji, że będę sobie to wypominał, ale tak naprawdę będzie lepiej. Chcę w to wierzyć. Mam nadzieję, że w końcu się odkocham. Robię to na przekór sobie, na przekór moim uczuciom, ale jak już mówiłem - dziwny ze mnie człowiek... 

PS. Piszcie, co myślicie na temat nagłówka. Szczerze.

Wyjątkowo, nie dodaję teledysku. Nadrobię to następnym postem.

niedziela, 20 maja 2012

Angry...

Hej!

Tak, jestem zły i to bardzo... Wszystko przez moją mamę... Wyobraźcie sobie, że ona mnie ciągle podgląduje. Nie wiem o co jej chodzi, ale chyba ubzdurała sobie, że ja niby piszę z jakąś dziewczyną^^ A tak naprawdę to ja piszę bloga. Tłumaczyłem już jej to, ale ona swoje... Nie no, ona już naprawdę przesadza. Nawet we własnym pokoju muszę się pilnować, bo ciągle wściubia nosa. Wchodzi sobie, bo niby coś szuka, a tak naprawdę chodzi o to, żeby mnie sprawdzić... A najbardziej mnie wkurza jak zagląda mi do monitora. Dostaję normalnie jakiejś białej gorączki. Czy nie mogę mieć choć odrobiny prywatności. Jak jej to mówię, to tłumaczy, że ja z nią mało gadam. Ok. Ale do diabła, ja nie jestem już małym dzieckiem i nie będę się z wszystkiego tłumaczyć. Zresztą, ostatnio po przyjściu ze szkoły wgl nie chcę mi się gadać. Lubię sobie po prostu pomilczyć. Te wszystkie sprawdziany, kartkówki i kilometrowe notatki mnie wykańczają, a w domu nie mam już na nic ochoty. Czy jej to tak ciężko zrozumieć??? Mam nadzieję, że to wszystko się w końcu skończy. 

Od wakacji mam zamiar zmienić trochę bloga, tylko nie wiem, co mógłbym zrobić. Mam już pomysł na nagłówek, ale ciągle nie mam na to czasu, bo muszę zajmować się szkołą. To miejsce też mnie wkurza. Ciągle coś... Jak nie kartkówka, to sprawdzian... Do tego zaległe trzy sprawdziany. Jeśli zastanawiacie się nad wyborem szkoły i zależy wam na dobrych ocenach, to raczej nie idźcie do technikum. Pierwszy rok to naprawdę, jakaś rzeźnia. Co prawda później ma być łatwiej, ale to i tak przesada. Jakbym miał tak po krótce opisać poziom trudności, no to jak dla mnie pierwsza klasa technikum odpowiada co najmniej dwóm rokom szkolnym w gimnazjum... Co prawda po technikum ma się i zawód, i maturę, ale jak ktoś ma słabe zdolności do przyswajania wiedzy, to raczej odradzam... 

Jakie macie pomysły na zmiany w moim blogu? Na koniec królowie grunge'u czyli Nirvana <3, w coverze piosenki "The Man Who Sold the World" wykonanym w programie MTV Unplugged. 

Zawsze chciałbym móc z odwagą spojrzeć sobie w oczy...

piątek, 18 maja 2012

Radość życia

Hej!

Powoli wychodzę na prostą. Zarówno w kwestii uczuć, jak i w kwestii szkoły jest coraz lepiej. No może to pierwsze jeszcze trochę kuleje... A szkoda...
Wczorajszy dzień był dla mnie nadzwyczaj stresujący, ale i radośnie budujący... W naszej szkole odbywały się Drzwi Otwarte. Od samego rana panował tam klimat a'la dom wariatów. Próby i przygotowania były naszym jedynym zajęciem. Z jednej strony to dobrze, bo nie było lekcji, z drugiej miałem dosyć ciągłego przestawiania, noszenia, układania i innych równie "ciekawych" zajęć. Gdy już "teoretycznie" wszystko było gotowe, cały tabun gimnazjalistów zjawił się w naszej szkole. A ja? Ja jeszcze miałem przed nimi występować... I  to w dodatku w kabarecie, który był jedną z atrakcji;p O Boże! Ja i kabaret... Idealne połączenie... :] Nie potrafię normalnie rozmawiać z ludźmi, a co tutaj dopiero występować przed tak liczną widownią :] Mimo że przed występem zjadał mnie stres, to jednak dałem radę i chyba wyszło w miarę spoko, bo na wejście zostałem przywitany śmiechem... Po występie, idąc korytarzem z rekwizytami spotkałem Panią M. Nie wiem dlaczego, ale pierwszy raz pomyślałem sobie, po co w ogóle ona musi chodzić do tej szkoły i poczułem się lekko zażenowany... Oczywiście, nie odezwałem się ani jednym słówkiem... Później, zupełnie nieoczekiwanie spotkałem swoją koleżankę, która razem z dwójką innych dziewczyn zjawiła się na owej imprezie. Pogadaliśmy sobie chwilkę, ale niestety nie zdążyłem spytać ją o kilka rzeczy, bo musiała iść razem ze swoją grupą. Zresztą, nawet mi ulżyło, bo ja tej dwójki dziewczyn nie znałem i strasznie mnie to zawstydzało. Sami wiecie, taka trudna sytuacja... Przez tą moją głupią miłość, już nie potrafię normalnie rozmawiać z dziewczynami... Każda wydaje mi się być  niedostępną dla mnie...


Maki płonące w letnim słońcu... Ja chcę już WAKACJE...
Po całym tym zamieszaniu wróciłem na przenudne lekcje... Na ostatniej z nich znużył mnie nawet sen... Nic dziwnego, skoro temat to... metale nieżelazne. Gdy lekcje się skończyły, tradycyjnie, wyruszyłem w drogę na przystanek. A na niej czekała mnie jedna z najradośniejszych niespodzianek ostatnich dni: w końcu spotkałem swoją koleżankę ze starej klasy. Już dawno myślałem co tam u niej słychać i w ogóle chciałem się jej porządnie wyspowiadać, głównie ze sprawy z Panią M. Już od dawna nie byłem tak szczęśliwy. Nikt tak jak ona nie potrafi pocieszyć człowieka. Jej to wychodzi tak naturalnie, że nie sposób jej nie wierzyć. Do tego ta dobijająca szczerość, prostota i taka ilość pozytywnej energii, że mogłaby zasilić nią niejedną elektrownię atomową. Po prostu ją uwielbiam :D Jeszcze nie wie o Pani M. Ale następnym razem jej o tym powiem. Ciekaw jestem, co ona mi doradzi... Jak to dobrze mieć takich znajomych:) Mam nadzieję że w końcu obudzi we mnie radość życia... No i a propos rozmów mam fajną piosnkę którą każdy chyba zna. Kocham ją, bo zawsze budzi we mnie masę pozytywnych uczuć. No i kojarzy mi się z wakacjami, na które niecierpliwie czekam:D "Soft" - Video & Ania Wyszkoni

Powiedz mi czy wszystko gra, co ci jeszcze mogę dać...


PS. Niedługo zmontuję nagłówek ^^

poniedziałek, 14 maja 2012

Znaleźć inną rzeczywistość...

Hej!

Na wstępie bardzo Was przepraszam, że nie było mnie trochę czasu, no ale niestety, szkoła, a szczególnie technikum, to nie są wczasy na Hawajach, bynajmniej;D Trochę się rozleniwiłem i teraz mam do nadrobienia trzy sprawdziany, z całej sterty notatek (i po co mi to było...). Możliwe, że blog  niekiedy będzie musiał poczekać. Takie są efekty długiego, bardzo długiego weekendu i całego tygodnia matur...

Jednak do rzeczy. Nie wiem, czy oglądaliście film "Sala Samobójców"(jeśli nie, to gorąco polecam i od razu ostrzegam, że to bardzo smutny i wstrząsający film), ale z nim będzie związany dzisiejszy wpis. Chociaż można w nim było usłyszeć różną muzykę ( od klasyki, poprzez bardziej klubowe klimaty, jakie serwowała grupa Wet Fingers, po rockowe kawałki Billy Talent), to jednak jedna z piosenek utkwiła w mojej pamięci o wiele bardziej. Szczerze, jeszcze żadna piosenka nie wzruszyła mnie tak bardzo, jak ta. Podczas jej słuchania czułem, jakbym przenosił się do innej rzeczywistości, w której panował (wówczas bardzo mi potrzebny) tajemniczy spokój. I nie był to spokój pozorny i chwilowy, lecz wypełniający każdą część ciała. Jeszcze nigdy nie płakałem podczas słuchania muzyki, ale wtedy łzy same spływały po moich policzkach. Mimo to czułem się szczęśliwy, jak jeszcze nigdy. Byłem w jakby innym  miejscu i czasie, z dala od całego świata, który dotąd mnie zabijał. Ta piosenka zdała się przemawiać: Nie martw się, teraz już jest dobrze. A wszystko to tak koiło moją duszę, że wcale nie chciałem  opuszczać tej lepszej przestrzeni. Możliwe, że to życiowa sytuacja tak wpłynęła na mój odbiór.

Długo szukałem, nim dowiedziałem się, kto jest owym wykonawcą i kim tak naprawdę jest. Okazało się, że utwór, o bardzo nietuzinkowej nazwie "Sign 0", to dzieło japońskiego duetu Chouchou (instrumentalista Arabesque Choche i wokalistka Juliet Heberle). Jeszcze większe zaskoczenie wywołał u mnie fakt, że jest to grupa "żyjąca, tworząca i występująca" w wirtualnym świecie (swoją drogą bardzo pięknym). A wszystko po to by znaleźć, jak piszą, "nowe możliwości muzyki"... Lecz Chouchou, to nie tylko nostalgiczne utwory o pięknych tekstach, ale również kompilacje, rodem z cyberprzestrzeni. Ciekawe jest w nich przede wszystkim zręczne operowanie głosem i dźwiękiem oraz wplecenie różnorakich odgłosów, takich jak dźwięk przesuwających się wskazówek zegara czy łódki kołysanej przez fale. Do tego kilka solówek na fortepianie. Ciekawi?! Zapraszam Was więc na piękną podróż do innej rzeczywistości... 

No i koniecznie zamknijcie oczy...

Ps: Jeśli to jednak nie wasza bajka, to proszę, nie komentujcie.

Oficjalny blog zespołu, utwory na lewym pasku Klik

Oto moje ulubione utwory i płyty:

  • "Sign 0"
  • "Anemone"
  • "Spira"
  • "Neverland"
  • "B612"
  • "City"
  • "Indigo"
  • VINCULUM
  • NARCOLEPSY

czwartek, 10 maja 2012

Strach ma wielkie oczy...

Nowy post zacznę od wielkiego słowa DZIĘKI. Mam już 100 zaglądnięć i nie ukrywam że bardzo mnie to cieszy :D Jesteście WIELCY!

Wróćmy jednak do tytułu. Dlaczego ja jestem taki bojaźliwy? No właśnie, dobre pytanie... Nie lubię wracać do tej "ciemniejszej" strony przeszłości, ale dla Was zrobię wyjątek. Powodów jest kilka. Pierwszy, to mój charakter. Raczej nie należę do osób wylewnych. Jestem strasznie skryty, tajemniczy i nieśmiały. Drugi powód, to kilkakrotnie złamane serce. Prawie żadnej nie powiedziałem : Kocham Cię. Prawie żadnej nie powiedziałem co czuję tak naprawdę, prawie żadnej nie poznałem bliżej. A wszystko przez tę chorą nieśmiałość i zwierzęcy instynkt. Tak, jestem trochę jak zwierzę, strasznie nieufny, lub ufny nazbyt. Tylko dla jednej zrobiłem wyjątek, tylko jednej chciałem zaufać i zrzucić z siebie całą tą zasłonę. A ona? Zwyczajnie mnie olała, obraziła, wyśmiała. Zostawiła sam na sam z całą masą miłości, której nie mogłem z siebie wylać... Po tym wszystkim obiecałem sobie, że już nigdy nie pokażę tego co czuję naprawdę... Czy słusznie? Czy można krzywdzić się za to, że najzwyczajniej w świecie, tak po prostu kogoś się kocha? Czy można obrazić się na każdą dziewczynę? Jasne, że nie... Ale ja nie wiem czy potrafię udzielić takiej odpowiedzi. Za dużo już wycierpiałem i nie chcę dolewać do czary kolejnej dawki goryczy. Chciałbym ufać, ale kto mi powie: wszystko ci się uda? Nikt. Ale też nikt nie przeżyje tego życia za mnie... Na razie nie jestem gotowy na to, by móc mówić prawdę, ale kiedyś spróbuję. Tylko czy nie będzie już za późno? Niełatwo jest być człowiekiem... Szkoda, że nikt tej arcytrudnej profesji nie uczy... Szkoda...

A tutaj, tradycyjnie, jakaś fajna nutka. Dzisiaj to cover piosenki "Your Song" Eltona Johna w  wykonaniu Ellie Goulding. Polecam Wam też ten utworek w wykonaniu Dawida Podsiadło. Jak ten chłopak nie wygra X Factor'a to ja nie wiem co zrobię... :)Klik

środa, 9 maja 2012

Jeśli kogoś kochasz...

Dzisiaj przypomniała mi się pewna przepiękna piosenka grupy Chłopcy z Placu Broni - "Kocham Cię" (A to za sprawą obejrzanego przypadkowo odcinka serialu "Chichot Losu"). Teledysk do tej piosenki może i nie pasuje do tego, co widzi się dzisiaj (jakość obrazu, stroje), ale to, co jest w nim ukazane, a mianowicie miłość, nigdy się nie zestarzeje... Jak dla mnie to jedna z najpiękniejszych polskich piosenek o miłości. Do tych słów nie ma co dodawać, czyste piękno...




Jeśli kogoś kochasz, jeśli wiesz
Czym jest miłość, jaki jest jej sens
Jeśli tylko szczęście widzieć chcesz
Mów do mnie szeptem

Co dalej jest? 
co dalej jest...

Jeśli się nie boisz mówić nic
Jeśli się nie boisz mówić nie
Jeśli wszechświat to wszystko
Powiedz może wiesz

Co dalej jest?

Co dalej jest...

Jeśli zawsze znasz odpowiedź, jeśli wiesz
Jeśli tylko szczęście widzieć chcesz
Mów do mnie czule
Mów do mnie jeszcze
Kocham Cię...


A w moim sercu zapanowała jakaś dziwna, ale piękna harmonia... To chyba dzięki tej piosence... Jeszcze nie wiem, czy pogodziłem się z tym, że nie będziemy razem, czy też może zechcę walczyć. Nie wiem co się jeszcze stanie. Wiem jedno: "Kocham Cię, M. Nie będę już się oszukiwać. Ja zawsze Cię kochałem... Wtedy, gdy po raz pierwszy Cię ujrzałem, wszystko było jasne". Miłość niespełniona raczej nie jest ulotna tak jak czas, tak jak życie. Ma swój początek i tak naprawdę nie ma końca. Jest tak jak drzewo - gdy się je zetnie, ono znów wypuści gałązki. Miłości nie można zniszczyć, odrodzi się gdy tylko się jej na to pozwoli. Dzisiaj usłyszałem coś, co zmieniło mój obraz widzenia: "Nie można obwiniać nikogo, nawet Boga, za to, że w naszym życiu dzieje się źle. Inni mają jeszcze gorzej, a stać ich na więcej, aniżeli tych, którym jest w życiu dobrze. Trzeba pokochać własne życie takim, jakie jest". To prawda. Wiem, że brzmi jak jakiś nonsens, ale czy naprawdę tak nie jest? Czy umiemy pokochać własne życie? Ja je dzisiaj pokochałem... I dziękuję Bogu za to, czym mnie doświadczył. Dzięki temu jestem jeszcze lepszym człowiekiem i umiem docenić wielkość słowa MIŁOŚĆ. "A o Tobie M. nigdy nie zapomnę..."

wtorek, 8 maja 2012

Monolog, cz.III, ost.

Nowy rozdział był bardzo smutny, ja byłem małym chłopcem, który płacze cicho w kącie. Bezradny, samotny, bezsilny... Krew w moich żyłach płynęła coraz wolniej, nie cieszyło mnie kompletnie nic. Jedyne czego chciałem, to spokoju i zamknięcia się na absolutnie wszystko. Chciałem, by moje życie ogarnęła przenikająca, czarna cisza...
Tamtego dnia, na tamtej przerwie, Pani M. zachowywała się jakoś nadzwyczaj dziwnie. Ciągle się śmiała, kryła spojrzenie przed oczami innych. "Chyba się zakochała" -  pomyślałem - "Takie rzeczy widać na kilometr". Stałem sobie na korytarzu, podparty o ścianę i dziwiło mnie to, że to wszystko działo się o kilka kroków ode mnie. "Czy chodzi o mnie?" - pomyślałem naiwnie. Już zacząłem popadać w nadmierną ekscytację, kiedy... W jednej chwili zostały zburzone wszystkie moje nadzieje i marzenia. W jednej chwili w moim sercu utkwiło ostrze. "Hej! Jestem M..." - powiedziała do chłopaka, którego przyprowadziła jedna z moich koleżanek. Dalej już nie słuchałem, urwał się film, bo dla mnie wszystko było jasne. Jej twarz mówiła wszystko - on jej się cholernie podoba. Poczułem się, jakby ktoś zrzucił na mnie 100 ton stali, kompletnie wbity w ziemię. Oczywiście, udałem, że nic się nie stało, ale miałem ochotę po prostu stamtąd uciec i zamknąć oczy. Każdy kolejny dzień, po tym zdarzeniu, przynosił mi nową dawkę goryczy. Chciałem się poddać, upaść na ziemie, ale w sercu tliła się głupia nadzieja. "A może to nie jest wcale tak?" - dodawałem sobie otuchy... Postanowiłem coś z sobą zrobić i nie poddawać się. Dowiedziałem się o wycieczce. Ok, wycieczka jak wycieczka, ale jechała na nią sama Pani M. Bez chwili wahania postanowiłem pojechać i zawalczyć o to, co "straciłem". Było fajnie, miło, ale bez okazji do rozmowy. Kiedy już chciałem coś wybełkotać,  ona  wraz z koleżanką zaczęła obczajać fajnych chłopaków z innej wycieczki. Gdy spojrzałem na nich, pomyślałem - "Przecież ja nie mam żadnych szans. Nigdy nie byłem, nie jestem i nie będę tak przystojny...". Znów poddałem się na starcie... W drodze powrotnej było tylko gorzej. Musiałem słuchać słodkich rozmówek Pani M. z chłopakiem z korytarza. Kolejne 100 ton wgniatało mnie prosto w ziemię, a do oczu cisnęły się łzy, łzy bezsilności. Chociaż życie nauczyło mnie wiele, to wtedy nie potrafiłem tego ogarnąć.  To było zbyt wiele jak dla pozszywanego serca..."Ja jestem jakiś poje**ny" - cisnęło mi się na usta.
Minęła wycieczka i znów powróciłem do przepełnionego smutkiem, pustego życia. Na przemian słuchałem nostalgicznych i ostrych kawałków, a uśmiech pojawiał się jedynie przez pomyłkę. A w szkole?! A przy rodzinie?! Pełnia radości, dobra mina do złej gry."Przecież jest zajebiście, jestem poj**any i wszystko schrzaniłem..." Było coraz gorzej, aż do pewnego dnia, w którym nastąpił przełom. Wracając do domu, w jednej chwili dostałem czarnych myśli, poczułem się jakby uleciało ze mnie całe życie, prawie popadłem w obłęd... Jeszcze nigdy nie czułem się tak źle, z powodu przegranej miłości. Całe szczęście, że obudziłem się, zanim... "Nigdy więcej nie będę tak się zadręczać..." - pomyślałem - "Co ja chciałem zrobić?!".
Od tego dnia zacząłem się uspokajać. Mięło kilkanaście tygodni i przestałem ją kochać, tak jak wtedy, gdy ujrzałem ją po raz pierwszy. Tak naprawdę tylko raz, przez przypadek spotkały się nasze oczy. Ja utkwiłem w niej swój wzrok, gdy nagle odwróciła się... Spojrzała prosto w moje oczy... Były takie piękne i błękitne... "Skąd ja Cię znałem? Chyba z Nieba, bo ty jesteś Aniołem...". Nagle uświadomiłem sobie, że chyba nigdy nie przestanę Jej kochać, mimo wszystko. To trwało jakieś 5 sekund, ale miałem wrażenie, że te kilka sekund to cała wieczność... 5 sekund w niebiańskim zapomnieniu... Szybko cofnąłem wzrok i strasznie się speszyłem. Jeszcze nikt tak na mnie nie spojrzał... Nikt... 


Od tamtego dnia staram się jej unikać, nie myśleć o tym co jest, co było i co będzie. Jak zwykłem mówić, chcę po prostu oddychać. Kiedyś jej o tym powiem.  "If you never try you'll never know /Just what you're worth". Teraz próbuję naprawić się po tym wypadku. Naprawić swoje serce...

Coldplay - "Fix you"
Jeśli Wam smutno, posłuchajcie, najlepiej na full. Ta piosenka potrafi przeniknąć i wypełnić całe ciało i całą duszę. Bynajmniej ja tak ją czuję...

niedziela, 6 maja 2012

Poruszenie...

Hej!
Przyznam szczerze, że już chciałem wywiesić białą flagę... Trochę się załamałem po tym, jak zobaczyłem, że prawie nikt mnie nie komentuje... Ale już mi lepiej, bo ostatni post przyjęliście jak najbardziej ok. Nie obiecuję, że codziennie będę Was (to znaczy konkretne osoby) odwiedzać, ale postaram się robić to jak najczęściej. A Was bardzo proszę, zostawiajcie komy, choćby zwykłe "ok", bo nie wiem, czy to co piszę ma jakiś sens ; p Bardzo potrzebuję motywacji : ) Wiem że to trochę bezczelne z mojej strony, ale cóż... Nie każdy ma tyle czasu, by blogować non stop : ] Dzięki za wszystko : ) Jutro postaram się skończyć serię postów, czyli "Monolog". Zachęcam Was do zapoznania się z tą historią, bo raczej to będzie dalej napędzać bloga (oczywiście, nie tylko i wyłącznie). Jeszcze raz DZIĘKI.

Coldplay - "In my place" - posłuchajcie, bo warto : )

piątek, 4 maja 2012

NeW and?

Tą piosenkę na pewno już znacie. Rihanna tym razem postawiła na nieco orientalne klimaty i stworzyła cudny klip do piosenki "Where have you been". Ja jestem na tak, a wy? NeW and?


czwartek, 3 maja 2012

Monolog, cz.II

Późno piszę, ale cóż... Taki urok majówki, że ciągle coś się dzieje : ) Dziś dalszy ciąg mojego monologu, chociaż teraz to już dialog, bo czytacie to, co piszę. Oby było Was coraz więcej. I Tak trochę dziwnie się czuję, że znacie tylko moje pseudo, więc przedstawiam się z imienia: Przemek. I to co piszę jest prawdziwą historią, która trwa w moim życiu przeszło 8 miesięcy. A piszę ją dla Was, bo chciałbym dostać trochę wsparcia, którego nie dostaję od ludzi z mojego otoczenia. Wiem, pewnie znacie takich historii na pęczki, ale na pewno nie znacie kogoś tak dziwnego jak ja...

Tak... Tamte pytania nie dawały mi spokoju przez całe popołudnie. Na niczym nie mogłem się skupić i byłem całkowicie nieobecny...  Gdy tylko ujrzałem ją w swej (a jakże) bujnej wyobraźni, na twarzy natychmiastowo pojawiał się banan : D Chyba nikt nie podobał mi się tak, jak ona... I wciąż miałem dziwne wrażenie, że dobrze ją znam... Sam nie wiem dlaczego, ale gdy zobaczyłem ją pierwszy raz, to... No naprawdę, dostałem jakiegoś deja vu. Wciąż zastanawiałem się, jak to jest możliwe... Z tą zagadką i jej portretem w myślach, usnąłem jak kamień...
Następnego dnia wstałem ochoczo, jak jeszcze nigdy przedtem (możecie wierzyć, lub nie, ale naprawdę, śpioch ze mnie ; P ). Bardzo byłem ciekaw, co wydarzy się w szkole, jacy będą nauczyciele, koledzy, no i przede wszystkim...chciałem ją znów zobaczyć. Gdy już tam dotarłem i znalazłem klasę, pierwsze co zrobiłem, to szukałem ją wzrokiem po wszystkich. Jest... Znów pojawiły się "objawy" z pierwszego dnia i wtedy nabrałem pewności, że to nie jest jakieś tam zauroczenie, ja po prostu się zakochałem... Na każdej lekcji wpatrywałem się w nią, jak w jakiś cudowny obraz za milion dolarów i po prostu "zacieszałem ryja" : D Baaaardzoooo chciałem do niej jakoś zagadać i nawet spytać się, czy się nie znamy, ale... No właśnie, ona mnie tak onieśmielała... Nigdy nie byłem duszą towarzystwa (choć wielokrotnie starałem się "rozerwać"), nigdy nie miałem jakiegoś atrakcyjnego talentu ani zdolności no i nigdy nie byłem zbyt przystojny. Jedyne, co mi w miarę wychodziło, to nauka i prace w ogrodzie (ale żal, co nie ; P ). Ona była moim zupełnym przeciwieństwem: piękna, super się ubierała, umiała jeździć na desce i do tego gaduła... Choć próbowałem się zmusić do rozmowy z nią, to chęci opuszczały mnie, gdy tylko na nią spojrzałem. Z tego trudnego dla mnie zadania wyręczyła mnie moja nauczycielka od angielskiego. Dokładnie, nauczycielka... Na pierwszej lekcji mieliśmy zapoznać się ze sobą... Hmmm... W jakim języku??? No tak, po angielsku ; P Oczywiście, wszyscy raczej niechętnie dobierali się w pary... I ona wybrała właśnie mnie... Wtedy myślałem, że to nie jest przypadek. Jak później wywnioskowałem, miała do wyboru tylko mnie lub mojego kolegę, więc wybrała po prostu mniejsze zło. W każdym razie, nieważne. Jeszcze nigdy nie było mi tak trudno wykrztusić zdania po angielsku... Byłem chyba blady jak ściana i miałem ochotę uciec stamtąd, bo miałem poczucie, że zaraz się spalę. Dowiedziałem się w końcu jak ma na imię... Magda... (Piękne imię... )Dowiedziałem się też, że ma rodzeństwo i słucha reggae oraz rocka. "Fajnie..." - pomyślałem. Naprawdę, zrobiła na mnie wrażenie takiej miłej osoby. Kiedy lekcja już się skończyła, miałem ochotę wylać na siebie wiadro zimnej wody. "Co będzie jeśli się domyśliła?" - dręczyło mnie to pytanie. Następny tydzień znów przyniósł okazję do bliższego zapoznania. Tym razem "swatką" była pani od matmy. Zadała nam cała masę zadań powtórzeniowych. Tego samego dnia, los chciał, że napatoczyła się wolna lekcja. A ona co? (Magda oczywiście) Wpadła na pomysł by wspólnie rozwiązać zadania... "Mam okazję by zabłysnąć" - myślałem (Psssss... Niby nauką? Głupek ze mnie.). Sam nie wiem dlaczego, przesiadła się niedaleko mnie i spytała czy mam już coś zrobione. Odpowiedziałem, że tak. I wtedy usiadła koło mnie, ale nie tak jak się siedzi w ławce, tylko tak bardzo blisko. Czułem że gotuję się od środka. Zacząłem mylić wyniki, liczyć przez pół godziny jedno zadanie, kompletnie zapomniałem wszelkiej wiedzy... Dostałem totalnie małpiego rozumu... Miałem ochotę zapaść się pod ziemię, albo znów uciec. Ta bliskość robiła ze mnie totalnego idiotę... (Teraz mnie to śmieszy, ale wtedy nie było mi do śmiechu). A ona? Sam nie wiem co o mnie pomyślała... Ale pewnie nie były to miłe myśli, bo odtąd ze mną nie gadała, ani o nic nie prosiła.
Mijały kolejne dni, a ja wciąż o niej myślałem. Kochałem ją coraz bardziej. Każdy jej uśmiech, każde jej pocieszne tłumaczenie się przed nauczycielem przyprawiało mnie o całą masę radości. Chciałem jakoś to rozwinąć,ale nie mogłem przejść tej blokady, jaką była chorobliwa nieśmiałość. Z jednej strony miałem ochotę zadziałać, a z drugiej bałem się odrzucenia, z którym dotąd się spotykałem. Już kiedyś sparzyłem się na jednej dziewczynie i nie chciałem powtarzać tej historii po raz drugi... Ale czułem, że ta sprawa nie mogła zostać bez kontynuacji. Więc to Ona dopisała nowy rozdział do całej historii... I nie było w niej miejsca dla mnie... 

CDN...

Zapowiedź do kolejnej części. Jest smutna jak ten song... : (

środa, 2 maja 2012

NeW and...?

Niedawno Fostersi wydali nowy singiel o tytule "Houdini". Mnie się podoba, a wam? NeW and...? 


Monolog...

Hej. Mało ludu, mało... Ale to nic. Pomówię do samego siebie;P Dzisiaj zacznę opowiadać pewną (nie)zwykłą historię. Wyobraźcie sobie taką sytuację... 

Był początek września, a właściwie jego pierwszy dzień. Szedłem ulicami mojego kochanego miasta, w którym po raz pierwszy ujrzałem świat. I chociaż tu nie mieszkałem, to zawsze czułem z nim silną więź. W sercu jak i na zewnątrz było jakoś tak chłodno i obojętnie... Po niebie przesuwały się leniwie deszczowe chmury, które zostawiły po sobie całą masę kałuż. 
Za kilka godzin miało zacząć się coś nowego, coś lepszego, niż do tej pory. Nie chciałem niczego więcej. Miałem już za sobą "wojnę" z pewną dziewczyną (która złamała mi serce), miałem kilka niespełnionych uczuć i smutne wspomnienia z dzieciństwa. Ot takie sobie życie, raz gorsze, a raz lepsze. W powietrzu czułem już nadchodzącą jesień. I chociaż nigdy nie lubiłem końca wakacji, to jednak wysiliłem się na odrobinę uśmiechu.  "Coś się właśnie kończy..." - pomyślałem - "Czas zacząć lepsze życie...". W końcu dotarłem do nowej szkoły... "A więc to tutaj będę się uczyć" - pomyślałem. Na korytarzach było jakoś tak pusto i szaro ("Co jest?"). Okazało się że przed akademią jest msza święta. No dobra... Udałem się do kościoła, który leżał niedaleko od szkoły. "O Jezu! Przecież ja tutaj nikogo nie znam..." - tylko tyle wywnioskowałem. Jakoś przeleciała msza i w końcu przeszliśmy do szkoły. Akademia, jak na prawdziwą przystało, była nudna do bólu. Jedynym plusem tego wszystkiego było to, że dowiedziałem się, kto będzie moim wychowawcą i gdzie będzie moja klasa. W końcu poznałem ludzi, z którymi miałem przeżyć w tym "więzieniu" aż cztery, długie lata (właściwie to zobaczyłem tylko kilka osób, bo szedłem na ogonie). Kiedy weszliśmy do klasy... No właśnie... Zakochałem się... Była taka piękna... Niebieskie, błyszczące się oczy, mały, zadarty nos, piękne, malinowe usta i długie, blond włosy. Co tu kryć, o takiej dziewczynie marzyłem przez całe życie. Nawet modliłem się przed tym dniem, żeby w końcu zakochać się z wzajemnością. Miałem już dosyć użalania się nad swoim nieszczęściem. Byłem jak porażony prądem, dostałem nóg z waty, ale na szczęście zdołałem usiąść się w ławce. "Czy to się dzieje naprawdę?" - tylko to jedno pytanie tkwiło w mojej głowie. Ciągle odwracałem się, by móc na nią spojrzeć. Serce biło mi tak mocno jak chyba jeszcze nigdy... Nawet nie pamiętam, co działo się wokół mnie. Jedyną osobą, która psuła ten piękny sen był chłopak, który siedział ze mną w ławce. Ciągle uskarżał się do mnie, jak to się źle czuje, a ja tylko mu przytakiwałem, by móc się na Nią spojrzeć... Co prawda przedstawialiśmy się sobie, ale ja nawet nie zdołałem zapamiętać jej imienia. 
Tak minęło "spotkanie organizacyjne". Wszyscy porozchodzili się do domów, a ja zostałem sam na sam z całą masą  pytań. Czy to była miłość? Co się ze mną stało? Czy to przypadek ,że Bóg zesłał na mnie owe uczucie zaraz po tym, gdy poprosiłem o miłość?!

CDN...



Ta piosenka świetnie pasuje do tamtego dnia...